być może … / that may be my place in Warsaw

Warszawa jest przepełniona kawiarniami, restauracjami, bistrami. Nie tak trudno znaleźć miejsce by przysiąc na kawę, kromkę świeżego pieczywa lub kieliszek wina. Gorzej jednak o miejsce, w którym poczujesz się nie jak intruz, który nawiedza stolicę niczym przybysz pozbawiony świadomości, tego co modne i wymagane. Tym bardziej cieszy mnie fakt, iż na Placu Unii Lubelskiej znajduje się bistro BYĆ MOŻE… @bycmozewarszawa
Dobra akustyka tej industrialnej przestrzeni powoduje, że nie czujesz się jakbyś wpadł do studni skotłowanej głośnymi rozmowami, lecz przy cichej jazzowej muzyce możesz rozmawiać subtelnie, lub popracować przez chwil przy komputerze zamaczając świetną bagietkę w kawie (typ prosto z Lyonu).
Dania pachnące kuchnią francuską i włoską posilają w porze lunchu tłoczących się klientów. Jednak jeśli szukasz trochę ciszy od zgiełku i zimnych alei stolicy, najlepiej pojawić się w bistro ok 16:00. Jestem osobą, która przywiązuje się do miejsc w miastach jakie odwiedzam a bistro BYĆ MOŻE… ma ogromne szanse zostać moim miejscem, do którego będę powracać i odnajdywać się bez większych problemów.

 

 

 

 

Scones: How I fell in love – story & recipe

To był dość mroźny listopadowy poranek 2014 roku, czas napiętych przygotowań do wyzwań i absurdów aplikacji grantowych. Brutalne zetknięcie z ostrym, białym światłem lotniska o godzinie 5:30 rano, kazało mi działać dalej. Samolot, uśpienie, ręka ukochanego i tona niecierpliwych maili zamkniętych w czerwonym plecaku. Lotnisko w Kopenhadze, drewno, biel kafelków i męczące zatłoczenie o tak nieludzko wczesnej godzinie. Wszyscy przemieszczali się jak ludziki na animacjach PKP, informujących o potrzebie akceptacji utrudnień związanych z przebudową dworców w Polsce. Następnie wsiedliśmy do pociągu do Malmö przez Oresund Bridge. Mój żołądek powoli zaczął się budzić, zaintrygowany sprzecznością horyzontu morza widzianego z okna zaokrąglonych na rogach okien pociągu. Wtedy nadszedł ten moment, kiedy ciężar walizki wzrósł dwukrotnie, a głód walczył z potrzebą znalezienia tego idealnego miejsca na śniadanie, na które tak długo czekałam. Wówczas w pierwszej kawiarni za mostem pojawiły się one: scones. Pewnie ze względu na kontekst objawiły się niczym Stogi siana w Prowansji Vincenta van Gogha, złociste i gotowe do zatracenia się w ich wnętrzu.

Jak mogłam nie wiedzieć o ich istnieniu?

„Prosty chleb” wedle Duńczyków, królewskie kamienie wedle Szkotów, przyjęły się jako przekąska do herbaty i śniadaniowy obyczaj już w XVI wieku, a ja odkryłam ich istnienie dopiero w XXI. To co zauważyłam od razu to fakt, iż Malmö było ich pełne w najróżniejszych odsłonach. Okrągłym nożem do masła przecinały się równo na dwie połówki i ciepłem chłonęły masło i dżem. To była miłość.

Jakim było dla mnie zdziwieniem, kiedy okazało się że ich przygotowanie jest bardzo proste, a upieczenie jeszcze szybsze. Istnieje wiele ich odmian, a to jest moja zdrowsza wersja, która nie odbiera im pierwotnego uroku.

Pełnoziarniste scones bez mleka

200 g mąki żytniej 720
150 g mąki kukurydzianej
3 łyżeczki proszku do pieczenia
70 g masła lekko schłodzonego
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (może być też z kwiatu pomarańczy lub waniliowy)
3 łyżki brązowego cukru
skórka otarta z niedużej pomarańczy
4-6 łyżek mleka kokosowego (tego z puszki)
150 ml jogurtu kokosowego (lub innego roślinnego)
sok wyciśnięty z jednej pomarańczy
garść migdałów w płatkach
1/3 tabliczki gorzkiej czekolady
szczypta soli

Piekarnika nagrzać do temperatury 220°C.
Mąki przesiać i wymieszać ze sobą. Masło pokroić w kosteczkę i dokładnie rozetrzeć palcami, do efektu mokrego piasku. Dodać proszek do pieczenia i cukier.
W osobnym naczyniu wymieszać jogurt z ekstraktem, skórką pomarańczową i mlekiem kokosowym. Dodać sok wyciśnięty z pomarańczy w ilości pozwalającej uzyskać w sumie 300 ml płynu i wymieszać. Dodać płynne składniki do suchych i wyrobić robotem kuchennym (hak) lub zagnieść. Jednolita konsystencja będzie mokra i lekko klejąca (można dodać trochę żytniej mąki do zagniatania). Rozwałkować ciasto na gruby placek o  grubości 2cm i szklanką wykrajać bułeczki. Rozkładać na papierze do pieczenia i dekorować kawałkami gorzkiej czekolady (można też je wcześniej zagnieść do ciasta).

Piec około 15-17 minut na złoty kolor. Odczekać chociaż sekundę po wyjęciu z pieca.

TIPS:

– wierzch każdej bułeczki można również posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać wiórkami kokosowymi,
– jeśli nie masz pod ręką mąki żytniej, możesz ją zastąpić mąką pszenną 550
– najlepiej podzielić się ze znajomymi, gdyż są najlepsze pierwszego dnia,
– zamiast soku pomarańczowego można dodać mleko roślinne, 2 łyżeczki kawy inki i dużą garść rodzynków,
– idealna opcja na wspólny brunch,
– ja uwielbiam podane z gorącymi malinami lub konfitura pomarańczową.